Bo kiedyś miarka się przebierze.
Czasem słońce, czasem deszcz. Ciśnienie spadało, rosło, Mama ziewała, a mnie rozbolała głowa. Przebrnęłam dość szybko przez drugą część zagadnień. I wyszłoby jeszcze sprawniej, gdyby nie odgłosy życia za oknem. Za oknami. Najpierw wyniosłam się z pokoju, bo kosiara. Poszłam do sypialni. Rozłożyłam notatki na tym moim wielgachnym łożu, łyk energetyka i lecimy. Klup. Klup. Klup. 5 sekund ciszy. Klup. Klup. Klup. COJESTKURFA?! A. No tak. Orzechy. Sąsiadka i orzechy. Zamknęłam okno. To by było na tyle ze świeżego, wiosennego powietrza.
Zostało mi czasu tak akurat żeby przygotować się na korki, spakować rzeczy i pojechać do Przema.
Wracając skoczyłam po dodatek do prezentu na Dzień Matki. I do niej, na chwile. Wchodzę a tam prezent :D Jolinek nasz kochany, najukochańszy wyrwał się z pieluch i męża i wpadła na ploty. I pogadałyśmy, uśmiałyśmy się, tak jakby jutra nie było. Umówione na czerwiec. Kciukać będzie w czwartek.
I faktycznie. Stres ogarnięty.

Pozwoliłam sobie na słodkie lenistwo do 10, w łóżku, z Glamour. Skoro przez cały tydzień tyle się dzieje, że nie mogę ani na chwilę się ponudzić, to niedzielny poranek musi być celebrowany. Musi być wolniej. Inaczej dostanę na głowę.
Jakoś od razu zebrało mi się za naukę. Tak samo z siebie. Zrobiłam notatki, bo nie będę grzebać w tej mojej 220 stronicowej pracy ciągle. Potem fale stresu i uspokajania się mieszały ciągle we mnie. Koniec końców nie wiem co czuję. Nawet promotorka mi pisała, że bez stresu. I ja jestem świadoma tego, że ta obrona zależy ode mnie, mojej wiedzy i przygotowania, i skoro jest wiedza, są przygotowania - to po chuj stres - a jednak. Jest. Panuję jeszcze nad nim.
Dziś połknęłam pierwszą partię materiału. O dziwo, weszło całkiem ołrajt, ale to w końcu ja pisałam tą pracę, więc nie może być inaczej.
W przerwie nasycałam się idealną majową pogodą. Terapia słońcem i kolorem zielonym, z aparatem i jamnikiem, bo razem jest nam najlepiej.
Potem musiałam pokazać na co mnie stać. A stać mnie na wiele. Jestem uparta i w takich chwilach jak dziś stwierdzam, że to zaleta. Zostałyśmy z szitem obronowym we 4. Kilka telefonów - już było nas 9. Mail - jeszcze więcej. Im więcej - tym lepiej - bo mniej trzeba będzie płacić.
No i szkoda, że wcześniej nie wpadłam na pomysł, żeby zdobyć biretu na obronę. Tak hamerykancko by było.
Dużo się zmieniło.
Dużo.