Krok bliżej...
...właśnie drukarka wyrzygała dwie wersje mojej magisterki, do dziwkanatu i do promotorki i recenzentki. Od 19 do 22 walczyłam dzielnie, potem walczyłam razem z Padre, bo kolory zdjęć się rozjechały, więc było trzeba popracować nad tym. Padre dzielnie i zawzięcie, ja chciałam iść z drukarką na strych, otworzyć okno i pomachać jej, upuszczając ją i z mega satysfakcją patrzeć jak rozbija się na betonie.
Ech.
Ale wydrukowała.
Mam na sumieniu spory kawałek lasów nad Amazonką.
Poza tym, pomijając, że jest 5 maja, to u mnie pada deszcz ze śniegiem.
Nie spałam od 4. A przed tym, nie spałam do 2. Od 4 przez następne 2 godziny budziłam się, wkurzałam i spinałam. I co? Zasnęłam dość mocno o 6:30. Po 20 minutach zadzwonił budzik, a ja nie wiedziałam, gdzie jestem. Zebranie o 8 rano to kara. A ja byłam grzeczna!!!
I debatowałyśmy przez kilka dobrych godzin, ale temat wakacji zamknięty, wszystko obmyślone, dopracowane. Nic tylko czekać na koniec roku szkolnego.
Obiecałam pobawić się dziś w rozwoziciela. Po drodze obrobiłyśmy dupy panom, bo czasami człowiek musi. A u fotografa zepsułam okulary. No została mi jedna część w ręce. I w ten sposób poczułam malejący stan mojego konta. Bo ja okulary muszę mieć. Nie, nie muszę. MUSZĘ! Do auta.
Na obiad była pizza.
Płakałam z rozpaczy, kiedy po raz kolejny rozjechały mi się zdjęcia w magisterce.
Na szczęście - już jest gotowa, wydrukowana, czekająca na ładną okładkę.
A na samą myśl co mam jutro załatwić, gdzie zadzwonić, gdzie pojechać, a wszystko przed pracą - loki mi się prostują. Mam ochotę leżeć w łóżku i buczeć.
środa, 5 maja 2010 roku

