Jakoś od razu zebrało mi się za naukę. Tak samo z siebie. Zrobiłam notatki, bo nie będę grzebać w tej mojej 220 stronicowej pracy ciągle. Potem fale stresu i uspokajania się mieszały ciągle we mnie. Koniec końców nie wiem co czuję. Nawet promotorka mi pisała, że bez stresu. I ja jestem świadoma tego, że ta obrona zależy ode mnie, mojej wiedzy i przygotowania, i skoro jest wiedza, są przygotowania - to po chuj stres - a jednak. Jest. Panuję jeszcze nad nim.
Dziś połknęłam pierwszą partię materiału. O dziwo, weszło całkiem ołrajt, ale to w końcu ja pisałam tą pracę, więc nie może być inaczej.
W przerwie nasycałam się idealną majową pogodą. Terapia słońcem i kolorem zielonym, z aparatem i jamnikiem, bo razem jest nam najlepiej.



Potem musiałam pokazać na co mnie stać. A stać mnie na wiele. Jestem uparta i w takich chwilach jak dziś stwierdzam, że to zaleta. Zostałyśmy z szitem obronowym we 4. Kilka telefonów - już było nas 9. Mail - jeszcze więcej. Im więcej - tym lepiej - bo mniej trzeba będzie płacić.
No i szkoda, że wcześniej nie wpadłam na pomysł, żeby zdobyć biretu na obronę. Tak hamerykancko by było.
Dużo się zmieniło.
Dużo.
