Ogarnęłam się. Wszak dziś to ja jestem główną kurą domową. Zabrałam się za obiad z jamnikiem, który jest niezwykle wyczulony na dźwięk klepania kotletów. Jeb-dup i już czułam ten wzrok na sobie, mówiący ‘Rzuuuć kawałek, rzuuuć!’
Po obiedzie spakowaliśmy się i do kościoła. Zdecydowanie, za często tam przebywam. Wybranie miejsca do portretów było baaardzo ciężkie. Albo ciemno, albo pod światło, albo na wietrze, albo pod chmurką, która akurat przeżywała oberwanie. Ale z Matulą stanowimy najzajebiaszczy duet jaki można sobie wyobrazić i zbajerowałyśmy kościelnego do tego stopnia, że otworzył nam salki.
Wspominałam już, że rodzice dzieci, które idą do Pierwszej Komunii to DEBILE?! Ojej. Ech.
Wracaliśmy jakoś 10 minut przed wylaniem rzek w Zebach. I zachciało nam się objechać kilka okolicznych wsi, żeby sprawdzić stan powodziowy. Solidny. Do pracy jeżdżę dwoma drogami - obie zalane. Padre pokazał mi jakąś inną drogę, ale ja bym nie była taka pewna, czy jutro nie będzie podobnie. Popstrykałam trochę:

Obawialiśmy się jak to będzie u nas wyglądać, czy będzie basen na ogródku, czy bardziej kryty - w piwnicach. Niestety, nie ma nigdzie.
Nie, jednak na szczęście - nie ma nigdzie.

