Czasem słońce, czasem deszcz. Ciśnienie spadało, rosło, Mama ziewała, a mnie rozbolała głowa. Przebrnęłam dość szybko przez drugą część zagadnień. I wyszłoby jeszcze sprawniej, gdyby nie odgłosy życia za oknem. Za oknami. Najpierw wyniosłam się z pokoju, bo kosiara. Poszłam do sypialni. Rozłożyłam notatki na tym moim wielgachnym łożu, łyk energetyka i lecimy. Klup. Klup. Klup. 5 sekund ciszy. Klup. Klup. Klup. COJESTKURFA?! A. No tak. Orzechy. Sąsiadka i orzechy. Zamknęłam okno. To by było na tyle ze świeżego, wiosennego powietrza.
Zostało mi czasu tak akurat żeby przygotować się na korki, spakować rzeczy i pojechać do Przema.
Wracając skoczyłam po dodatek do prezentu na Dzień Matki. I do niej, na chwile. Wchodzę a tam prezent :D Jolinek nasz kochany, najukochańszy wyrwał się z pieluch i męża i wpadła na ploty. I pogadałyśmy, uśmiałyśmy się, tak jakby jutra nie było. Umówione na czerwiec. Kciukać będzie w czwartek.
I faktycznie. Stres ogarnięty.

